Wpisy z tagiem: pingwiny

środa, 08 września 2010

Stała pośrodku wielkiej Sali. Otaczały ją białe, puste ściany. W Sali nie było okien, ani drzwi. Prowadziły do niej dwa przeciwległe korytarze, nie potrafiła jednak dostrzec końca żadnego z nich. W jednym były piękne, wymyślnie zdobione witraże. Słońce świeciło przenikliwie, szybki wpuszczały do pomieszczenia zabawne, różnorodnie zabarwione promyki. Odbijały się one od lśniących powierzchni i rozświetlały zaciemnione wnętrze korytarza. Sprawiały wrażenie szczęścia. Czegoś niesamowitego w półmroku, tak ulotnego, że prawie nie można oprzeć  się pokusie, by stanąć pośrodku tak kolorowego widowiska. Gdyby tylko zatrzymać czas i  napawać się czystą magią w powietrzu.
Ale ona tego nie zrobiła. Nie weszła do korytarza z witrażami. Oglądała je zaciekawiona z daleka, wiedząc że istnieje inny korytarz.

W drugim korytarzu było ciemniej. Zabrakło  kolorowych świetlików, które stwarzałyby mrok przyjaznym. Przez zakurzone witraże wdzierał się jedynie świszczący, lodowaty wiatr. Może to nie były nawet witraże? Może jedynie zwykłe, zabrudzone szyby? Wiatr wprawiał w wir drobinki kurzu, które za lekkie aby sobie same poradzić, szamotały się rozpaczliwie między jedną ścianą a drugą. Spoglądały w inny korytarz, ale nie mogły się tam przedostać.

Ona mogła. Mogła podejść do kolorowych świateł i pozwolić się zaczarować. Jednak w otchłaniach zimnego korytarza dostrzegała chwilami pewną postać. Postać, która nie dawała jej spokoju. Mimo że była bardzo daleko, ledwo zauważalna, z jej oczu biła niesamowita moc.

Czy to  wszystko tylko złudzenia?
Usiadła na ziemi, skrzyżowała nogi.

Dlaczego ma iść w którąś ze stron, skoro może mieć wszystko tutaj?

--------------------------------------------------

Wstałam o godzinie tak wczesnej, że strach wymawiać na głos. Bo niektórych rzeczy się po prostu nie mówi. Zza okna dobijało się słońce. Nie… deszcz… słońce z deszczem? Wspaniale, może będzie tęcza!
A na jej drugim końcu spotkam krasnoludka z dzbankiem złota!
Z tak optymistyczną myślą doprowadziłam się do stanu używalności, dawkując sobie dożylnie kubek kofeiny.  Bo w taki dzień wypada być przytomnym.

Tyle ludzi. Wszędzie ludzie. Spoglądają na siebie porozumiewawczo, jak głupie stepujące pingwiny, jakby łączyła ich jakaś wielka tajemnica. Czy ja też jestem członkiem tej sekty? Tylko dlaczego nic o tym nie wiem?
Pretensjonalni ludzie otaczający mnie zewsząd i stamtąd. Tłum ciągnie mnie za sobą, krzycząc, że to koniec, że już mnie nie wypuści i już nigdy nie będę taka sama.

Dobrze, że ciągle mam do czego wrócić i mogę o nich zapomnieć. I myśleć o nich co chcę i to co myślę.

Ah, tak!
To jednak był deszcz rano.