Wpisy z tagiem: john ford

wtorek, 05 października 2010

Nadejszła wiekopomna chwila. Sięgnałam po western ( nie, nie jest to żadna recenzja ani nic w tym rodzaju)

Każdy zna uczucie, gdy wie, że czegoś nie lubi. Nawet jeśli nie zapoznał się za bardzo z tematem/gatunkiem/smakiem/zapachem... Nie lubi się pewnych rzeczy, a jedynym argumentem jest hasło: Bo nie!
Cóż. Ja nie lubię westernów.

(Teraz czekam chwilę, aż wszyscy westernowi zapaleńcy wykrzyczą swoje racje i nie-racje, lub po prostu ostentatycjnie wyłączą przeglądarkę internetową. Tylko nie krzyczcie po mnie...)

Nie lubię  i już. Ale to nie moja wina! To wina taty, który co niedzielę po kościele włączał TVPileśtam... a tam co niedzielę, o godzinie 12, nadawany był western. Niech mnie ktoś poprawi, ale poważnie śmiem wątpić, że to był kiedykolwiek "Dyliżans". Z tego, co mgliście pamiętam z dzieciństwa to: nudne dialogii, pijący i pijani faceci, pustynia, kurz, brud, zabite konie, przedłużane sceny pojedynków, zabite konie... wieje nudą... dosłownie wieje, pamiętam też słynne westernowe kadry, w których powiewiają kłęby kurzu na opustoszałych ulicach.

Więc taka jest właśnie moja westernowa historia. Wszystko przez tatę. Nie oczekujcie po dwunastoletnim dziecku, że doceni cokolwiek z takiego filmu... Na wspomnianym kanale były nadawane same westerny ze złej półki. Z tej niższej. Takie mam wrażenie

No ale kiedy ten straszny etap minął... postanowiłam pooglądać trochę starych filmów. Pewna osoba poleciła mi "Dyliżans". Poczułam się nawet jak Diane Keaton - ona też nie lubiła westernów, aż Woody Allen nie pokazał jej takiego, po którym zmieniła zdanie.

No więc zobaczyłam "Dyliżans" (reż. John Ford, 1939).

Nie wiem czy polubię westerny po tym filmie, ale ten... kurcze, zrobił wrażenie. I to bardzo dobre.
Najbardziej zwróciłam uwagę na pasażerów tytułowego dyliżansu i na relacje pomiędzy nimi. Nie będę tutaj wchodziła w szczegóły, ale było parę niezwykle trafnych uwag na temat społeczeństwa i życia w Ameryce (i nie tylko). Nawet pośmiać się można było - dialogi dawały radę.
No i Ringo Kid. Chyba więcej pisać nie trzeba... ;]
wzruszył mnie do głębi zdaniem: "We never gonna say goodbye". Ah, Ringo!

ps - Może jednak pójdę na ten western na American Film Festival :)